The new fight start from every day.
Podnosisz się więc. Z wielkim trudem stawiasz pierwszy krok. Potworny, niewyobrażalny ból, ale im dalej idziesz, tym łatwiej przychodzi stawianie kolejnych. Chowasz się w łazience, zamykasz drzwi, masz trochę czasu, żeby ułożyć myśl i włos; i trochę wody, żeby zmyć z twarzy zmęczenie. Wychodzisz, wracasz, ciało masz już lżejsze. I zaczyna się. Walka człowieka z własną słabością, z przeciwnościami losu, z siłami natury. Straszna i okrutna. Do ręki bierzesz patyczek. Trzesz, dopóki nie rozbłyśnie ciepłym płomieniem. Patyczek nabiera mocy, którą z kolei ty możesz wykorzystać, by zmusić kuchenkę do współpracy. Nie myślisz nawet o tym, że możesz zginąć w każdej chwili — brawurowo nalewasz wody do czajnika, odważnie wyciągasz dłoń po kubek. Już czujesz smak zwycięstwa, choć wiesz, że to nie koniec twoich zmagań. Teraz czeka cię najtrudniejsze zadanie, ultymatywny sprawdzian umiejętności, prawdziwy test twojej siły woli. W najwyższym skupieniu dokładnie mierzysz proporcje, gdyż nawet jeden, najmniejszy kryształek cukru, jest w stanie zaważyć na wyniku tej walki. Jeśli teraz coś się nie uda, cały wysiłek pójdzie na marne…
Nadchodzi ostatnia próba — próba czasu. Zdaje się, że czekasz wieczność. W końcu widzisz strumień gwiżdżącej pary, z narażeniem zdrowia chwytasz rozgrzane naczynie.
Celebrujesz swoją wygraną. Dzisiaj jeszcze ci się udało, ale walka trwa. Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia.

Wychodnoj dień — albo herbata z grubym plastrem cytryny.
Idę przez bagno bez obaw i strachu.
Dlaczego tak? Bo płacą. A pewnie, że dla pieniędzy. Wszak nie dla przyjemności, bo co to za przyjemność przez całą okrąglutką dóbkę siedzieć na tyłku. Prawda? Prawda. Przydałaby się jakaś akcja, jakiś rodzaj dynamiki, ruchu, poruszenia wręcz. Zdarzenie jakieś, choć w tej branży i w obliczu moich gabarytów mogłoby ono być co najmniej niepożądane — a nie o to przecież chodzi, żeby oddawać zdrowie lub nawet życie za sprawę, na której ci choćby i trochę nie zależy. Ale za odpowiednią cenę mogę udawać, że leży mi to na sercu, och, jak bardzo leży. Procedury są proste, nawet jeśli sytuacja wymagająca ich zastosowania będzie trudna. Przy odrobinie szczęścia wystarczy, że przeprowadzę co jakiś czas regularny nieregularny obchód i nie będzie potrzeby podejmowania żadnych innych działań. Cały ten schemat jest genialny w swojej prostocie, naprawdę, ale nie sposób nie odczuć też monotonii, jaką się dostaje w paczce razem z rzeczoną odrobiną fartu.
’cause I repeat the same routine.
Nie chce się, bo to męczy — a trzeba. Chciałoby się urozmaicenia, ale to znowu, zdaje się, nie jest warte ryzyka. Wtedy z pomocą przychodzi alternatywa, pod rękę z wyborem. Mówią ci: “Słuchaj, stary, możesz się stąd wyrwać. Możesz wrócić i wykorzystać nadażającą się okazję. Będzie zbieranie muszelek przy wódce i inne rozrywki. Haczyk jest taki, że przeznaczeniu nie uciekniesz — użyj sobie, ale pamiętaj, że wrócisz jeszcze do tej monotonii na tak długo, jak to będzie potrzebne.” Czemu nie? Wystarczy rozbić służbę: parę godzin dzisiaj, parę jutro; znaleźć kogoś na zmianę: “Nie ma problemu”, dzięki, masz u mnie piwo; i załatwione. Wracam. Dom pusty, ale ktoś przed wyjazdem zadbał o to, żeby na ewentualnym gościu wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Cudnie. Tylko śmieci straszą z kosza. Kwestia siedemdziesięciu czterech sekund, żaden kłopot. Megacudnie.
Tylko po co to wszystko, skoro gościa nie będzie?
Robię herbatę. Słodką jak miód, jak zawsze. Wkrajam gruby plaster cytryny. Równowaga w przyrodzie pozostaje zachowana. Po chuju, po chuju…